Każdy chciałby usłyszeć prostą odpowiedź: ta, albo tamta. Amerykańska, włoska, polska, na grubym, na cienkim cieście, z burratą czy zwykłym żółtym serem z marketu. Ale wiesz co? Nie ma jednej najlepszej pizzy. Jest ta, która smakuje Tobie. I to jest najważniejsze – jeść tak, żeby było przyjemnie, a nie tak, jak „nakazuje” jakiś przewodnik kulinarny czy moda z Instagrama.
Wspomnienia przy stole
Doskonale pamiętam moją pierwszą Margheritę Napoletanę w Międzyzdrojach. Ciasto cienkie jak papier, brzegi pulchne, sos i mozzarella na środku – w praktyce wyszła mi zupa. Potem wszyscy powtarzali, że pizza ma być taka, że jak podnosisz kawałek i lekko zaginasz, to trzyma się w poziomie. Też nie wyszło.
A lokalna, osiedlowa pizzeria? Duża, na wypasie, z milionem składników i obowiązkowym sosem czosnkowym (tak, ze szczyptą cukru). To był inny świat, też dobry. Pizza Hut – grube ciasto, tłuste, fajne składniki, cola i bufet sałatek, gdzie brałem ptysie i pora w sosie. Do dziś czasem tam wracam, bo smak to też wspomnienia.
Nigdy nie jadłem dwóch takich samych pizz. Serio. Inne ciasto, inny sos, inny ser, inna oliwa, inne pomidory San Marzano. To jest właśnie piękne w kuchni – brak powtarzalności.
Zawsze coś będzie inaczej, czasem lepiej, czasem gorzej. A jak wyciągniesz włoskie pieczywo z Biedronki, polejesz oliwą za 50 zł i smakuje Ci lepiej niż „oryginał” – to co, zbrodnia? Nie. To znaczy, że właśnie odkryłeś coś dla siebie.
Trendy, mody i presja społeczna
Zauważyłeś, że ludzie często mówią: „tak ma być”? Pizza musi być taka, gołąbki muszą być z kapusty młodej, schabowy tylko ziemniakami. Serio? A jeśli ktoś woli inaczej? Kuchnia to nie religia, tylko przyjemność. Problem zaczyna się wtedy, gdy jemy coś, co nam nie smakuje (albo smakuje, ale nie rozumiemy tego), tylko dlatego, że wszyscy tam chodzą. To już nie jest nasz smak – to jest podążanie za modą.
Tak samo jest z winem. Wystarczy pójść do Auchan – setki win, winnica obok winnicy.
Czy to znaczy, że muszę szukać jednego „jedynego”? Nie. Mogę próbować, mogę odkrywać, mogę się zatrzymać przy tym, co mi smakuje i nie szukać dalej. Z Lego mam podobnie – kupuję, buduję, odstawiam, biorę następne. Nie szukam na siłę zestawu, który „zmieni moje życie”. Jedzenie działa dokładnie tak samo.
Bycie „kulinarnie dojrzałym” to nie to, że klepiesz o jednej słusznej pizzy i patrzysz z góry na całą resztę. Dojrzałość to umiejętność powiedzenia: „Lubię to. To jest mój smak. Nie muszę też szukać, ale jeśli kiedyś będę chciał – mogę”.
Ktoś może powiedzieć: „człowieku, reklamujesz piec do pizzy, zachwycasz się neapolitańską, a teraz nagle mówisz, że każda pizza jest inna i jest dobra?”. Może tak. A może to po prostu brak wiary w powtarzalność. Może świadomość, że nie istnieje jedna najlepsza pizza. Bo każda będzie inna.
Dobre rady, jeśli już mam dać
- Nie goń za modą. Jeśli wszyscy jarają się burratą, a Ty wolisz zwykły ser żółty – to Twoje prawo.
- Testuj, ale nie na siłę. Smaki dojrzewają razem z nami. Dziś lubisz jedno, jutro możesz odkryć coś innego. Kiedy polubiłeś szpinak? Kiedy zrozumiałeś, że zupa z wiśni to nie zupa? A pierogi z mięsem, są lepsze niż ruskie. A może nie lubisz z mięsem. Ja lubię. Nawet je lepię
- Szukaj przyjemności, nie ideału. Pizza to nie konkurs – to jedzenie, które ma sprawić frajdę.
- Doceniaj różnorodność. To, że wolisz tanią pizzę z osiedla, nie znaczy, że nie możesz wrócić do neapolitańskiej. Jedno drugiego nie wyklucza.
Goń za jakością, nie bylejakością
Problemem nie jest cena, ale uczciwość w kuchni. Bo kiedy widzę w menu schabowego za 60 zł albo pierogi ruskie za tę samą kwotę – zastanawiam się: za co? Przecież pierogi lepi się w domu w pół godziny, z prostych składników za grosze. To samo z makaronami – one są jak woda, a często stanowią „premium danie” tylko dlatego, że są na ładnym talerzu. Spaghetti Bolognese? Większość lokali robi je na bazie sosu, którego używają do pizzy, albo zupy pomidorowej.
Dlatego wolę zapłacić więcej za coś, czego sam w domu nie zrobię. Za przystawkę, która mnie zaskoczy, za smak, którego nie znam. A nie za „przekalkulowane” klasyki.
Nie oszukujmy się – żyjemy w epoce, w której często liczy się wygląd. Lokale inwestują w instagramowe wnętrza i talerze, a kuchnia bywa na drugim planie. To, co ma dobrze wyglądać, nie zawsze idzie w parze z tym, jak naprawdę smakuje. I w tym tkwi pułapka – jakość jedzenia schodzi na dalszy plan.
Włosi mają pizzę neapolitańską tak, jak my mamy bar mleczny z pomidorową i schabowym. Coś oczywistego, codziennego. Ale w obu przypadkach łatwo to… spieprzyć. Pomidorową da się ugotować tak, że nie da się jej jeść, a schabowego podać w panierce grubszej niż samo mięso.
Pizza neapolitańska to tylko placek, sos pomidorowy i mozzarella. Ale właśnie w tej prostocie kryje się trudność – bo liczy się technika wyrabiania ciasta, jakość pomidorów, świeżość sera, a na końcu jeszcze oliwa, która spina to wszystko w całość.
Nie musisz mieć pieca opalanego drewnem, żeby odkrywać niuanse pizzy. Kup dwie-trzy różne mozzarelle, spróbuj pieczywa z Biedronki, z Lidla, polej różnymi oliwami i sprawdź, jak to zmienia odbiór (poszukaj dobrych piekarni). Oliwa za 20 zł różni się od tej za 50 zł – nie tyle ceną, ile odmianą oliwek, regionem czy czasem zbioru.
Tak samo jak w winie – niektóre winnice wciąż depczą owoce stopami, bo wiedzą, że ta technika daje inny efekt niż mechaniczne tłoczenie. To detale, które tworzą jakość. Nie zawsze zajmuje się tym marketing (na szczęście, sam pracuję w tej branży).
Pizza to nie żaden egzamin ani pokaz kulinarnego ego. To po prostu przyjemność. I właśnie dlatego warto, żebyś gonił za jakością – nie dla ceny, nie dla zdjęcia, ale dla tej frajdy, jaką daje jedzenie zrobione z sercem. Bylejakość syci, ale nie zostaje w pamięci. A pizza – dobra pizza – powinna być czymś, co chcesz zapamiętać.
Podsumowanie
Nie licz na jedną odpowiedź – bo jej po prostu nie ma. Skupiam się często na kuchni włoskiej, bo ją lubię i znam, ale przecież stylów pizzy jest mnóstwo: nowojorska, chicagowska, sycylijska, rzymska… a do tego wariacje lokalne – polska pizza z kiełbasą, hawajska z ananasem, czy nawet fantazje w rodzaju pizzy z owocami morza albo deserowej pizzy tiramisu. Każda kuchnia ma swoje zasady – wiadomo. Ale obok nich zawsze ktoś kombinuje. Czasem wychodzi super, czasem dziwnie.
Ja sam szczególnie cenię kuchnie, które potrafią bawić się sezonowością. Gdzie szef kuchni nie boi się co tydzień zmieniać karty, bo akurat pojawiły się świeże produkty i można z nich wyczarować coś wyjątkowego. Jako były menedżer restauracji wiem, jak to ekscytujące, a jednocześnie ryzykowne – bo nigdy nie masz pewności, czy klient da się przekonać do nowości.
Ale właśnie w tym tkwi magia: gotowanie to dialog z gościem.
Najlepsza pizza – jak jej szukać?
Jeśli wiesz, czego chcesz, bo poznałeś już różne style, sprawa jest prosta: Google, opinie, sprawdzanie miejsc. Ale – uwaga – nie chodzi o to, żebyś kierował się komentarzami w stylu „mało sera, zimna, Brajanek nie dostał ananasa”. Ani o pogoń za pizzą „dużą, bogatą, tanią”. To nie jest jakość.
I tutaj widać pewną analogię do marketingu, w którym pracuję. Zawsze fascynuje mnie, jak to możliwe, że jedne firmy potrafią chwalić się każdym certyfikatem i nagrodą, a inne działają po cichu – i wystarczy im zdanie: „od 20 lat pieczemy pizzę”. A potem zaglądasz do menu i co widzisz? Klasyka na cienkim cieście, mozzarella, szynka z delikatesów, dorzucony ananas. Bez historii, bez emocji. Kurde, to tak nie działa. Szukam. Szukam tego co chcę, tradycji i jakości, alboilości, albo wszystkiego. Ja decyduję. Bo serio – nie ma dwóch takich samych pizz. Nigdy.
Dlatego moja odpowiedź brzmi: najlepsza pizza to ta, w której czujesz uczciwość i serce włożone w produkt. I to, na czym Ci zależy. Styl, kraj, cena – to wszystko drugorzędne. Najważniejsze jest, żeby pizza nie była pustym hasłem ani insta-pocztówką, tylko faktycznie doświadczeniem kulinarnym.